Oczywiście mówimy o szarości zaokiennej, absolutnie nie o amorkowej, która cieszyła się Waszym ogromnym zainteresowaniem i uznaniem, za co w tym miejscu serdecznie Wam dziękuję!
Wracając zaś do szarości - ni to zimowej, ni to wczesnowiosennej - ogólnie rzecz biorąc: trudnej do zniesienia, próbuję ją pokonać zielenią. A gdzie ja wynajdę mnóstwo soczystej i energetycznej zieleni, jak nie na mojej rozgrzebanej kładce? ;) Wzięłam się w sobie i postanowiłam trochę ruszyć do przodu, nie ukrywam, że pozytywne kopniaki miały duży wkład w to przedsięwzięcie ;) (dziękuję Bożenko!)
Pamiętacie? Tak to wyglądało ostatnio:
Od tego czasu troszkę się zmieniło:
Widzicie? Zielenie dają niezłego "kopa" do pracy :)
Doskonale zdaję sobie sprawę z wszystkich mankamentów tej pracy. "Parkujące" koleżanki hafciarki poproszę o przymknięcie oczu :) Traktuję ten haft jako "szkoleniowy", wiem, że popełniłam tu masę technicznych błędów, ale staram się je na bieżąco korygować. Już wiem, że nie mogę haftować równo, strona po stronie, bo wówczas tworzy się ta paskudna krecha z góry na dół. Brr! Dlatego zaczęłam robić ząbki, które podpatrzyłam u Kasi Krzyżyk :) I w cudowny sposób krecha się już nie pojawia ;)

Uparłam się, że będę haftować ten obraz z parkowaniem nitek i tak też robię - po swojemu, tak, jak mi wygodnie. No... teraz mogę już mówić o jakiejkolwiek wygodzie, bo na początku ze znikomą ilością igieł moje haftowanie sprowadzało się do ciągłego nawlekania nitek... Koszmar! Teraz igieł mam pod dostatkiem (no... prawie) i tylko je przekładam z góry na dół łapiąc przy tym ukradkowe spojrzenia domowników, pełne politowania i kompletnie zdezorientowane - przecież normalni ludzie szyją jedną igłą... :) Ale któż zrozumie hafciarskiego wariata:)



Wiem też, że już nigdy, ale to naprawdę nigdy nie zacznę dużego haftu, dopóki nie uzbieram wszystkich potrzebnych do niego kolorów. Teraz mam całość, więc mogę spokojnie śmigać (no... jeden kolor już na wyczerpaniu...), ale te dziury, które narobiłam wcześniej spędzają mi sen z powiek. Wiem, że gdy teraz zacznę tam wścibolać brakujące krzyżyki, nie będzie to najładniej wyglądać, wiem, wiem. Ale haft na żadną wystawę się nie wybiera, a jak znam życie i moje tempo oprawiania, to na ścianie też zbyt szybko nie wyląduje. Zresztą - przypominam, że ciągle się uczę;)
Chwilowo nie mogę się oderwać od tego plątania nitek i tylko resztami zdrowego rozsądku próbuję czasem wyszyć jakiegoś zająca, czy jajko, bo inaczej znów będzie krucho z haftowanymi kartkami...
Znów pojawili się nowi goście, jak miło! Aleksandra Gwizdała i Anna Katarzyna zdecydowały się przysiąść na dłużej wśród Nitek - dziękuję Wam bardzo!
Pozdrawiam Was serdecznie!