sobota, 25 marca 2017

Wielkie święto małego mężczyzny

Dziecięce uroczystości zdominowały ostatnio moje wpisy. Kiedy na początku stycznia obiecywałam Wam słodkie hafty, nie sądziłam, że ta obietnica przybierze taki obrót ;) Dziś jednak nie będzie misia, królisia ani żadnego innego pluszaka, dziś moi drodzy w roli głównej wystąpi konik na biegunach.



W dodatku będzie bardzo grzecznie - żadnych tam postrzępionych papierów i wystających koronek. Wszystko ładnie, równo, symetrycznie rozpisane na symfonię trzech kolorów: granatu, czerwieni i bieli. Przedstawiam Wam kartkę na pierwsze urodziny Franka.






Dziękuję Wam gorąco za tak ciepłe przyjęcie przepiśnika z miśkami! czytanie Waszych komentarzy było prawdziwą rozkoszą!

Pozdrawiam Was serdecznie!

piątek, 17 marca 2017

Powrót miśków!

Wyczekały się niemal miesiąc - kawał czasu! Cóż poradzić, gromadzenie materiałów szło tym razem wybitnie opornie, a kłody pod nogi tradycyjnie podrzucał pędzący nie wiadomo dokąd czas. Jednak dziś wreszcie udało się skończyć. Udając, że nie dostrzegam, iż nagle za oknem rozpanoszyła się deszczowa szarość, postawiłam słodką gromadkę przed obiektywem. I pewnie nic a nic Was nie zaskoczę, gdy wreszcie wyjawię, że miśki wskoczyły na przepiśnik ;)







Oprawiłam go tak, by nie było wątpliwości, kto tu gra pierwsze skrzypce ;) Zatem kolorowe szaleństwo haftu wybija się na pierwszy plan, reszta stanowi tylko subtelne tło. Są więc beże, len i szczypta bieli oraz cichutki akompaniament malutkich detali.





















Mogę teraz odciążyć swój pierwszy przepiśnik, który nie mieścił już moich wszystkich słodkich receptur. Jednak znając moje cukiernicze zapędy niebawem zrodzi się potrzeba przygotowania trzeciego do kompletu... ;)

Pozdrawiam Was słodko!


poniedziałek, 6 marca 2017

Szary i puchaty

Utonąć w misiowych, puchatych ramionach - to dopiero musi być przyjemność! Zwłaszcza jak się jest całkiem niedużym człowieczkiem, to taka przyjemność musi się potęgować. Wszak nie od parady misie są najlepszymi powiernikami dziecięcych smuteczków. Dlatego  mały Leoś w dniu swojego wielkiego święta otrzyma bardzo puchate życzenia ;)






Tym razem to wzór czekał na sposobność, by zostać wykorzystanym. I choć ilość kreseczek, jaką trzeba tu umieścić, może przyprawić o ból głowy, nie jest w stanie stłumić przyjemności z wyszywania tak słodkiego stworzenia :) 


Potem już tylko sama przyjemność, czyli współpraca z papierem. Jako że ostatnio zapałałam miłością do wielowarstwowych kartek, lekko niedbałych, wychodzących poza sztywne granice bazy, nie mogłam inaczej skomponować tej kartki i poddałam się fali wielowarstwowości. Powstał z tego niezły wafelek ;)))





A skoro już o urodzinach mowa... Stało się niepisaną tradycją, że wymieniamy się z Justynką kartkami urodzinowymi. W tym roku zostałam obdarowana niezwykłą, bardzo oryginalną, po prostu przepiękną kartką, za którą jeszcze raz gorąco dziękuję!


Do tej tradycji dołączyła także Viola ze swoją niebanalną i zaskakującą kartką :)



Zaś prezent od Basi miał dodatkowy, wyjątkowy smak - wręczony osobiście mocno zyskuje na wartości ;))))


A skoro już jesteśmy przy prezentach, to muszę naprawić swoje zaniedbanie i pochwalić się zakładką przecudnej urody, stworzoną przez Magdalenę. Zakładka gości już u mnie dłuższą chwilę, a jej pojawienie się było zupełną niespodzianką :)



Dziękuję Wam gorąco!

Witam wśród Nitek Iwonę - mam nadzieję, że będzie Ci tu przyjemnie :)

Pozdrawiam Was serdecznie!

poniedziałek, 20 lutego 2017

Bez dziur!

Cel był jeden - pozbyć się szpecących pustych miejsc, które napawały mnie estetyczną zgrozą. Rzecz dotyczy oczywiście dziewczyny na pomoście, którą ostatnio prezentowałam Wam we wrześniu ubiegłego roku. Minęła jesień, przyszła zima i postanowiłam wreszcie narzucić sobie jakiś rygor względem tego haftu. Litości! Ileż można kwitnąć na tym pomoście? Tyle haftów czeka w kolejce i kusi, by się nimi zająć.  Dlatego ostatnio w każdy weekend ślęczę nad dziewczyną i przeplatam nitki. Cel minimum został osiągnięty wczoraj - dziury zniknęły! Pierwsze osiem stron haftu jest gotowych, szaleństwo dotyczące techniki wyszywania zakończone, teraz będziemy pracować jak należy. Druga połowa - drugie otwarcie ;)




Dla porównania - we wrześniu wyglądało to tak:



Nigdy nie uważałam, że ten haft jest idealny, co więcej - traktowałam jako treningowy w nauce parkowania, mam świadomość wielu jego braków i niedostatków. Ale na żadną wystawę się z nim nie wybieram, a podziwiać całość będę jedynie z daleka - i innym też to radzę ;) .
Parkowanie miałoby sens, gdyby nie moja niecierpliwość - chciałam zacząć haft już, natychmiast, nie mając kompletu mulin. Tym samym narobiłam sobie niezłego bigosu i wspomnianych już dziur, które trzeba było mozolnie uzupełniać, tworząc wyboje na hafcie... Ostrzegam, wygląda to koszmarnie...



Jeśli do tego dołożymy zbyt grubą igłę - bo przecież ciągle mam ich za mało na te 70 kolorów, więc chwytam, co się da - to robi się z tego mały koszmar...
Za to prawa strona haftu osładza nieco nieprzyjemności lewej. Zalety wyszywania z parkowaniem widać od razu...


Zatem mądrzejsza o nowe doświadczenia zabieram się za drugą połowę haftu, następne osiem stron. Tym razem z parkowaniem, bez dziur, rzędami ale nie stronami i bez grubych igieł. Czas wreszcie zbudować ten pomost! Trzymajcie proszę kciuki za powodzenie tego postanowienia.



Pozdrawiam Was serdecznie!

sobota, 11 lutego 2017

Słodko, słodko, coraz słodziej

To miał być zupełnie inny haft, nawet poczyniłam już wstępne przygotowania do jego rozpoczęcia. Ale... Pewna urocza istota mnie skusiła i uległam ;) No przepadłam po prostu. Wstępny plan odszedł w niepamięć.


Miało być eterycznie, romantycznie, lekko słodko, a jest słodko, bardzo słodko...


Wręcz przesłodko...




Kiedy zobaczyłam cały wzór - pokażę Wam zdjęcie wyszperane w Internecie, nie jest mojego autorstwa - biegałam oczami po poziomach patery jak dziecko w sklepie w zabawkami...


Chciałoby się wyszyć je wszystkie - tu jednak zdrowy rozsądek w porę się odezwał i skończyło się na jednej półeczce. Ale powstał dylemat nie do przejścia - która to ma być? I zaczęłam wybrzydzać niemal jak ten przysłowiowy osiołek stojący nad dwoma żłobami... To ciastko mi się nie podoba, to jest za duże, ten misiek jest słodki, ale tamten ma uroczą minkę... Sama siebie miałam dosyć! Zamiast wyszywać grzecznie jak Pan Bóg przykazał, pomieszałam zawartość półek, powyciągałam to, co najbardziej mi się podobało i wyszyłam po swojemu ;) No :) I są.






Gotowe miśki będą się za chwilę pysznić.. A nie, nie powiem Wam :))) Niebawem Wam pokażę, gdzie znalazły swoje przeznaczenie.

Witam gorąco w  Nitkach Starą Kobietę - bardzo mi miło Cię gościć!

Dziękuję Wam za komplementy pod adresem oprawionej mimozy! Już się pyszni na ścianie :)

Pozdrawiam Was serdecznie!

piątek, 27 stycznia 2017

Co się odwlecze...

Szczerze nie lubię, kiedy moje hafty wędrują do przysłowiowej szuflady. Niestety z doświadczenia wiem, że oprawianie na łapu-capu czasami wcale nie jest od niej lepsze. I wtedy pozostaje czekanie. Stan niejednokrotnie arcytrudny do zniesienia. Ale, o dziwo, ostatnimi czasy jakoś łatwiej potrafię go znieść - może to pierwsza oznaka starzenia? ;)



Zielnikowa mimoza przeleżała dwa lata w oczekiwaniu na ramę (pisałam o niej TUTAJ). A że oprawa kwadratowych zielników nastręcza mnóstwo trudności, wiedzą chyba wszyscy, którzy próbowali tej sztuki. Dodatkowo obraziłam się na swego lokalnego oprawiacza, który solidnie nadszarpnął mój portfel i zaufanie podczas jednej z prób oprawy. Istny pat! Aż w końcu odważyłam się i zamówiłam ramę w sklepie internetowym - z korzyścią dla portfela i dla oka ;)






Jak się powiedziało "A", to teraz trzeba odciążyć szufladę i wyciągnąć na światło dzienne zalegające  w niej hafty ;) Co też zamierzam niebawem uczynić, ale cicho-sza, bo jak ja coś sobie zaplanuję, to wiecie - nici ;)))

Pozdrawiam Was serdecznie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...