Rozkochała mnie w krzyżykach. Cóż się dziwić, dorastałam w ich barwnym otoczeniu. Uwielbiałam oglądać spektakl rozpoczynania nowego haftu. Misterne przygotowywania płótna, mrówcze odliczanie nitek i wyjmowanie co piątej, by stworzyć podstawę dla przyszłych krzyżyków. Później dobieranie kolorów, w ruch szły muliny i kordonki, bez nazwy, bez numeru. I wreszcie czysta radość z haftowania.
Poduszki były w całym domu. Najpierw te geometryczne, na których jako dziecko uczyłam się kolorów, potem "tematyczne" - koty, widoki, ptaki...
Godzinami oglądałam wzory i co rusz zadawałam pytanie: " A to też wyszyjesz?" Wyszywała.
Z uśmiechem na ustach i anielską cierpliwością uczyła mnie stawiać pierwsze krzyżyki - nieporadne i koślawe - dla Niej najpiękniejsze. Wiele lat potem stwierdziła przyglądając się mym haftom, że uczeń przerósł swego mistrza. Miałam po prostu świetną Nauczycielkę, która była mym najwierniejszym fanem, ale i surowym krytykiem.
Porzuciła hafty na kilka lat, by całkiem niedawno powrócić do nich z nowym zapałem. Upodobała sobie szczególnie wzory jednokolorowe - wzrok zmęczony pracą przy komputerze często płatał Jej figle wśród wielokolorowych rozbudowanych legend, choć nie unikała ich zupełnie.
Uwielbiała zielnikowe hafty, dopingowała mnie do wyszywania kolejnych, czekała na irysy i glicynię. Nie zdążyłam...
Mamusiu, mam nadzieję, że tam, po drugiej stronie tęczy wyhaftujesz wszystko to, na co zawsze miałaś ochotę. A gdy wreszcie kiedyś spotkamy się ponownie, usiądziemy jak zawsze przy kawie i ciasteczkach, każda pochylona nad swoją robótką, nadrabiając czas, którego nam tutaj zabrakło...